Mestia z lodowcem w tle

Przypominamy ciekawą propozycję podróżniczą z lodowcem w tle.

Jest to praca konkursowa sprzed kilku miesięcy (konkurs z mapami). Autorką jest nasza Czytelniczka Agata.


W Gruzji byliśmy w 2014 roku, we wrześniu. Swoją przygodę z podróżowaniem po Gruzji zaczęliśmy od Stepantsminda, ale dla nas najważniejszym punktem wyprawy była Swanetia. Kiedy tam dotarliśmy, jasne stało się ze chwilę tu zabawimy.

Mestia była naszą bazą do górskich wypadów. Kiedy dotarliśmy na miejsce po długiej podróży (marszrutką jedzie się około 6 h z Zugdidi), znaleźliśmy nocleg, Znajomi rozbili namiot w ogrodzie naszej gospodyni (klasyczny guesthouse), a my zajęliśmy pokój z ogromnym tarasem i widokiem na góry. Kolejnego dnia zaplanowana wyprawa w góry pod lodowiec, który schodzi ze stoków Uszby. Trasa bardzo przyjemna, około 7 godzin w obie strony.

Z centrum Mestii  trzeba kierować się szutrową droga w stronę lotniska. Po dotarciu do lotniska widzimy polanę (pas startowy) i nieduży, dość kosmicznie wyglądający jak na otaczająca architekturę, budynek z mini wieżą lotów :). Kierujemy się dalej tą samą drogą, aż dotrzemy do mostka linowego nad wodospadem. W tym miejscu musimy przekroczyć rzekę i dalej kierujemy się oznaczonym szlakiem. Droga wiedzie przez jakiś czas przez las, potem naszym oczom ukazuje się w oddali czoło lodowca. Z daleka wydaje się niegroźny, ale kiedy po drodze mijamy moreny czołowe, które są wysokości 4-5 piętrowego bloku, wiemy że mamy do czynienia z żywiołem. Grunt w polodowcowej dolinie jest dosyć niestabilny, trochę jak duże gruzowisko, trzeba mieć dobre buty i szeroko otwarte oczy. Kiedy docieramy pod czoło lodowca, z wnętrza którego wypływa rwący potok, jesteśmy zachwyceni, ale też lekko zdziwieni, nie bardzo wiadomo gdzie dalej pójść. Mieliśmy przecież w planach wejść na lodowiec.

Mestia
Lotnisko Królowej Tamary – Mestia

Lodowiec ma kolor brudnego śniegu. Kiedy kolega-wojskowy, bardzo wysportowany człowiek, postanawia spróbować się wspiąć, okazuje się, że lodowiec jest bardzo słabo związany i chodzi się jak po wielkim gruzowisku. Dodatkowo co chwila spadają mniejsze i większe kamienie, także samo stanie bezpośrednio pod czołem robi się niebezpieczne. Kiedy do potoku spada głaz wielkości nosorożca decydujemy się wracać. Powrót tą samą drogą. Zatrzymujemy się jedynie podziwiać jaszczurki oraz na mały piknik. Potem znów przez mostek linowy nad wodospadem i zmęczeni bardzo długo maszerujemy wypatrując lotniska, stąd już niedaleko na kwaterę.

Po dniu pełnym wrażeń idziemy na chaczapuri, w Mestii jadłam chyba najlepsze, kupujemy chlebek i czas na odpoczynek. Dni nie są już zbyt długie, więc około 19:00 już się ściemnia. Zasypiamy szybciutko po męczącym i pełnym wrażeń dniu. Następnego dnia mamy zaplanowaną wyprawę do Uszguli, także trzeba się zregenerować i rano z nowymi siłami ruszyć w kolejną trasę.

Dodaj komentarz